5 powodów, dla których nie doświadczamy Zmartwychwstania

5 powodów, dla których nie doświadczamy Zmartwychwstania

„Święta, święta i… po świętach”. Tego typu zdanie słyszy się u przeciętnego Kowalskiego – co nie powinno dziwić, bo myśli on również, że wszystko, co dobre, szybko się kończy. Niestety w ostatnich dniach wydaje mi się, że przekonanie „…i po świętach” rozpanoszyło się też w kręgu chrześcijan. Tu i ówdzie zdarza się mi się słyszeć narzekanie, rozżalenie, rozczarowanie. Że miało się coś zmienić, a tu nic z tego. Że miało być poruszenie, a tu stagnacja. Spodziewaliśmy się czegoś, a nie otrzymaliśmy niczego. Już we wtorek wpadliśmy w koleiny zwyczajnego dnia codziennego i może nieświadomie zaczęliśmy w naszych głowach śpiewać tę znaną piosenkę: „Więc pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca…”.

Choć kocham Grzegorza Turnaua i jego teksty, to gdy usłyszałam tę piosenkę w drodze do domu po świętach, Duch we mnie się zagotował i zadał mi mocne pytanie – czy naprawdę nie dzieje się nic? Czy naprawdę to, co stało się udziałem chrześcijan, to jest nic? Dlaczego, mimo Zmartwychwstania, wciąż żyjemy tak, jakby nie wydarzyło się nic?

Wygląda na to, że naprawdę robimy to źle! Jezus zmartwychwstał, a my wciąż mamy zwieszone głowy i smutne serca. Zupełnie nie doświadczamy nowego życia, nie zmienia się nic, nie dzieje się nic. Nie jesteśmy w tym sami – już Ewangelia pokazuje nam liczne historie uczniów, którzy nie doświadczali Zmartwychwstania. Co w takim razie robimy nie tak? Co jest powodem, dla którego największa tajemnica podnoszącego się z grobu Jezusa, pulsujące serce chrześcijaństwa, nie przenika do naszych serc i codzienności?

1. Pozostajemy na poziomie śmierci

Maria Magdalena – kocham tę kobietę, bo odnajduję w niej wiele kawałków samej siebie. Zawsze stawiałam ją na piedestale i widziałam w niej tak wiele pięknych cech. W te święta zobaczyłam jednak jej jeden słaby kawałek – jej emocjonalność, a właściwie nademocjonalność. Choć jej wrażliwe serce to coś, co ją niesamowicie przyciągnęło do Jezusa, to jednak dokładnie to samo serce stało się jej wielką słabością. Oto po Zmartwychwstaniu, gdy uczniowie już rozumieją, co się stało i z radością wracają oznajmić to przyjaciołom, ona dalej siedzi i płacze. Maria Magdalena zostaje na poziomie śmierci: żałoby, emocji z nią związanych, rozpaczy. Łzy przesłaniają jej rzeczywistość, ogląd sytuacji. Nie potrafi rozpoznać Jezusa, który jest tuż przy niej. Nie widzi faktów, tylko swoje emocje.

A zatem: czy i Ty nie tkwisz na poziomie śmierci – swoich utrat, żalów, smutków, łez – i pozwalasz, by Twoje cierpienie przysłoniło Ci potęgę nowego życia? Czy poprzez tkwienie w śmierci odbierasz sobie szansę na życie?

2. Nie zaglądamy głębiej

Podoba mi się historia ucznia, którego Jezus miłował – Jana, i jego przyjaciela, świętego narwańca – Piotra. Oto po Zmartwychwstaniu dzieje się rzecz niezwykła – jak Piotr zawsze wszędzie był pierwszy, tak teraz pozwala się wyprzedzić Janowi. Próbuję sobie wyobrazić, jak szybko biegli, i nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że Piotr celowo zwalniał – może bał się konfrontacji po trzykrotnej zdradzie? Tymczasem Jan dobiega jako pierwszy do grobu, nachyla się do niego i… zatrzymuje się. Dopiero Piotr, nadchodzący za nim, ma odwagę wejść do grobu. To ciekawa logika – może w nieco wolniejszej drodze zdołał przetrawić swoje poczucie winy czy lęk przed karą i jest gotowy zajrzeć głębiej? Nie wiem, co działo się w emocjach apostołów, ale ta historia wyraźnie pokazuje nam, że dopiero wejście do środka grobu pozwoliło im uwierzyć, że Jezus zmartwychwstał.

A zatem: czy i Ty nie zaglądasz głębiej? Niech zgadnę – w te Święta poświęciłeś może pół godziny na poczytanie Słowa, ale i tak dalej oczekujesz cudów? Nie wszedłeś głębiej w tajemnice, nie oddałeś się modlitwie, nie przyglądałeś się wnikliwie wydarzeniom dni ostatnich?

3. Nie oddajemy Jezusowi swojego grobu

W nadmiarze spektakularnych wydarzeń piątku możemy nie dostrzec krótkiego akapitu Ewangelii, który pojawia się zaraz po fragmentach o śmierci Jezusa. Józef z Arymatei, bogaty Żyd wierzący w Mesjasza, zabiera ciało Jezusa, balsamuje je i składa… w swoim własnym grobie. Człowiek ten był na tyle bogaty i przedsiębiorczy, że zawczasu wykupił jaskinię i wykuł w niej miejsce na swój własny grób. Po śmierci Jezusa następuje cudowna zamiana – oto Zbawiciel złożony jest w grobie, który należeć miał do Józefa. Nie wiem, czy Józef rozumiał symboliczną wymowę tego, co właściwie zrobił, ale nam ta historia pokazuje, że miejsce w naszych grobach należy do Jezusa. To on umarł nie tylko za nas, ale również ZAMIAST nas. To my mieliśmy ponieść karę, ale to On poniósł ją za nas. Miejsce w naszym grobie to miejsce dla Jezusa, bo tylko On ma moc z grobu wyprowadzić życie. Gdybyśmy to my sami chcieli wyłazić z naszych grobów, nigdy by nam się to nie udało.

A zatem: czy oddałeś Jezusowi swój grób? Te miejsca, w których jesteś martwy, w których od dawna nie ma życia? Te sprawy, w których nie spodziewasz się już żadnego przełomu? Czy pozwoliłeś, by Jezus wziął je na siebie, a wraz z nimi umarł i odrodził Cię do życia?

4. Jesteśmy roszczeniowi

„A myśmy się spodziewali, że on wyzwoli Izraela” – nie wiem, w jakim tonie zostały wypowiedziane te słowa uczniów zdążających do Emaus, ale zawsze mam intuicję, że brzmiały jak marudne zawodzenie roszczeniowych ludzi. Kręciliśmy się przy Jezusie, bo opowiadał coś o królestwie, panowaniu, pełni obfitości, więc mieliśmy nadzieję, że i my się załapiemy na jakieś pozycje u Jego boku. Nie wiem, czy tak było – to tylko moje fantazje. Ale postawa roszczeniowości jest dla człowieka tak typowa, że jestem skłonna przypuszczać, że i ci dwaj uczniowie znali ją od podszewki.

Oczekuję cudów, zmian, owoców. Chodzę z Jezusem nie po to, by Go znać, ale po to, by coś od Niego otrzymać. Spodziewam się, że bycie u Jego boku da mi jakieś korzyści. Gdy tak się nie dzieje – bo na przykład przychodzi czas, gdy jak uczniowie doświadczam śmierci Jezusa – wycofuję się z całego tego podejrzanego interesu i zaczynam wszędzie rozlewać swoje żale. Czy nie znamy takich sytuacji z autopsji, kiedy to po jakimś czasie życia z Bogiem napotykamy na trudności i naprawdę nie wysilając się przesadnie na cierpliwość, już po chwili zaczynamy narzekać, że Bóg nas opuścił? Taka postawa skutecznie oddala nas od tego, co następuje po śmierci – czyli nowego życia. Skupieni na tym, że nasze oczekiwania nie zostały zrealizowane, zwyczajnie odpadamy od Boga, nigdy nie dotykając głębi tajemnicy śmierci i następującego po niej zbawienia.

A zatem: czy nie jesteś roszczeniowy? W Wielkim Poście przedstawiłeś Bogu długą listę próśb i żądań, a ponieważ nic się nie spełniło zaczynasz narzekać? Czy nie pomyliła Ci się hierarchia i na pierwszym miejscu nie postawiłeś swojego Ja, zamiast Jezusa?

5. Oczekujemy licznych dowodów

To wisienka na torcie i chyba standardowe wyposażenie przeciętnego chrześcijanina – nasza potrzeba dowodów. Najbardziej jaskrawym przykładem tego zachowania jest oczywiście niewierny Tomasz, ale na dobrą sprawę inne spotkania uczniów z Jezusem Zmartwychwstałym też mocno pokazują ten problem. Apostołowie nie dowierzają, mają łuski na oczach, oczekują, że wydarzy się coś, co potwierdzi fakt Zmartwychwstania. Ta logika już dawno została przez Boga odwrócona! Wciąż oczekujemy, że najpierw przyjdzie dowód, a potem wiara, tymczasem Bóg zaprasza nas do drogi wiary, która da nam dowody. „Wiara jest dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy” – napisał święty Paweł. Może przydałoby się nam te słowa wyryć na sercu i wypisać na ścianach, żebyśmy w końcu przestali czekać na dowody tego, że Jezus zmartwychwstał. W naszym handlu wymiennym rozumujemy tak – uwierzę, że zmartwychwstał, gdy to poczuję. Daj mi doświadczyć zmiany! Zmień moje życie! Rozwiąż ten problem! Zrób te wszystkie sprawy, to wtedy udowodnisz, że jesteś i że masz moc, a wtedy ja łaskawie odpowiem wiarą i wiernością.

A zatem: czy oczekujesz dowodów? Nie wystarczy Ci Słowo, które jest jednym wielkim dowodem, tylko wciąż spodziewasz się znaków? Liczysz na spektakularne fajerwerki i jeśli one się nie zadzieją, nie uwierzysz?

O dzieci Boże, dosyć łez! Dosyć narzekania, biadolenia, wymagania! Dosyć! Zróbmy sobie solidny rachunek sumienia z naszej emocjonalności, roszczeniowości, chwiejności. Przestańmy zrzucać na Boga całą winę za wszystkie nasze nieudolności. Jeśli nie doświadczasz Zmartwychwstania to nie dlatego, że Jezus nie zmartwychwstał! Nie dajmy się oszukać naszym słabościom i złemu, który na wszelkie sposoby będzie nas zwodził. Stańmy w wierze, odrzućmy grzech i włóżmy konkretny wysiłek w poznanie tajemnicy. Jezus PRAWDZIWIE zmartwychwstał i jest to rzeczywistość dostępna dla KAŻDEGO. Być może jednak najpierw musimy nieco się ogarnąć, by móc jej doświadczyć?