W Wielkim Poście nie pójdę z nim do łóżka

W Wielkim Poście nie pójdę z nim do łóżka

Lubię z nim wieczorem posiedzieć – daje mi poczucie bezpieczeństwa, zapewnia towarzystwo po ciężkim dniu. Po długich rozmowach idziemy do łóżka, bo kochamy się i pragniemy bliskości. Zasypianie przy nim daje mi ulgę, dzięki niemu nie czuję się samotna. Gdy budzę się w nocy przestraszona, zawsze mogę się do niego zwrócić, a on mnie uspokoi. Rozpoczynanie dnia z nim to wielka radość, nic nie daje mi takiej stabilizacji jak świadomość, że on jest. Naprawdę go kocham i nawet nie wiem, kiedy stał się dla mnie aż tak ważny. Moje życie bez niego staje się jałowe i dziwnie puste, a ja tracę grunt pod nogami i doświadczam niechcianej ciszy i samotności.

Przez całe miesiące wydawało mi się, że tak bliska relacja z nim to nic złego. Przecież chodzi o kontakt i relacje, prawda? Tam mam znajomych, przyjaciół, ważne wiadomości, komentarze, lajki. Tam mam sprawy i sprawki, które nie mogą czekać. Tam cały świat woła o moją uwagę, określenie się, odpowiedź, dając mi poczucie bycia ważną i znaczącą. Tam jest oaza pokoju i stabilizacji, w której czuję się bezpiecznie. Uspokaja mnie, gdy mam go cały czas pod ręką, „w razie czego”. Nic mnie nie ominie, niczego nie stracę, o wszystkim szybko się dowiem. To chyba dobrze, że jest coś, co zaspokaja każdą moją potrzebę?

A jednak zaczęłam się niepokoić, gdy pierwsze, co robiłam z rana, to sięganie po niego. Jak uzależnienie – pierwszy z rana papieros, pierwszy z rana lajk czy sms. Budzę się i sprawdzam. Upewniam się, czy świat nie przestał istnieć, czy nie zostałam sama we wszechświecie. Daję znak, że jestem znów w kontakcie. Bo przecież cały czas muszę być w kontakcie, w innym wypadku znikam. To samo z innymi: ten niepokój, gdy ktoś nie był dostępny od ponad 24 godzin. Nie rozumiem, o co chodzi – skasował fejsa, zachorował a może umarł? Nagle zaczynają się we mnie uruchamiać potężne lęki egzystencjalne. Nie potrafię już spokojnie usiedzieć, gdy co godzinę nie sprawdzę, co się wydarzyło. Zachowuję się jak narkoman na głodzie, skupiony tylko na jednym. Gdy któregoś dnia prawie gubię telefon, serce zaczyna mi walić jak w panice. I co ja teraz zrobię? I co ja teraz zrobię? I co ja teraz…? Dopiero po godzinie orientuję się, że moje zachowanie jest esencją problemów „pierwszego świata”, a „wojna”, którą toczę, jest prawdziwie III wojną światową całego młodego pokolenia.

Więc zdecydowałam – w Wielkim Poście nie pójdę z moim telefonem do łóżka. Nie pozwolę mu przekroczyć progu mojej sypialni. Nie dopuszczę go do tej największej intymności ze mną. Bo oczywistością jest, że to właśnie z nim zdradzam Boga. Gdy na moim stoliku nocnym leży Pismo Święte i telefon – zgadnijcie, co wybieram? Łatwe, szybkie, przyjemne bodźce wygrywają ze Słowem, któremu trzeba poświęcić dużo czasu. Fastfoodowe smaki nowinek, ploteczek i lajków rozlewają się po rozpieszczonych kubkach smakowych z dużo większą przyjemnością, niż wymagające i angażujące Boże treści, które trzeba długo i spokojnie przeżuwać, zanim zaczną mieć wyrazisty aromat.

W te 40 dni odbiorę władzę mojemu telefonowi i oddam ją Panu Bogu. Bo dotąd nie zdawałam sobie sprawy, jak potężnym zagrożeniem dla mojej wiary jest ten sprawny gadżet, to rzekome „okno na świat”. Złapałam się na tym, że im bardziej gapię się przez to okno, tym bardziej z pola widzenia tracę to, co najważniejsze. Moje serce przenika niejasny niepokój, moja uwaga i zaangażowanie spada. Stopniowo tracę zdolność skupiania się, a właściwie to jestem mistrzem rozproszenia. W „oknie na świat” widzę coraz mniej, ale mam potrzebę patrzeć coraz więcej. Tracę kontakt ze sobą, aby w końcu stracić kontakt z Bogiem.

Tymczasem tuż obok jest drugie okno – okno na Boga. I choć patrzenie przez nie wymaga ode mnie dyscypliny, wysiłku i uważności, to jestem pewna, że tylko to okno roztoczy przede mną horyzont, jakiego naprawdę potrzebuję i prawdziwie, a nie iluzorycznie, „zaspokoi każdą moją potrzebę”.