Wielki Tydzień: bez znieczulenia

Wielki Tydzień: bez znieczulenia

To, że nadszedł Wielki Tydzień, poznaję po nagromadzeniu niepokojących sytuacji nagłych. Już pierwszego dnia wszystko dzieje się naraz. Spotykam mężczyznę na wózku nie mogącego wjechać do tramwaju. Wokół niego bezradne tłumy chaotycznie spoglądające na bieg wydarzeń, bez wkładu własnego. Obserwuję, sama zbyt późno wyciągając słuchawki z uszu. Kilka godzin później zza szyb samochodu widzę człowieka leżącego na chodniku, otoczonego przez kilka osób. Nie jest pijany, nie jest bezdomny, nie jest nawet stary. Nie bardzo więc wiadomo, co robić. Ktoś dzwoni po karetkę, ktoś z bezpiecznej odległości przygląda się, nie rezygnując z klikania w komórkę. I ja nie wychodzę z auta. Załatwią to, i tak jest ich wielu – myślę. Dzień przypieczętowuje wóz strażacki – staje mi na drodze wjazdu na własne osiedle. Wokół niego kilkunastu strażaków i nerwowo biegający mieszkańcy bloku. Nie mam wyboru, muszę się zatrzymać. Czekam, aż sytuacja się uspokoi i będę mogła przejechać. W duchu śmieję się, że Bóg i tak mnie zmusił do refleksji, ale głową jestem już gdzieś indziej. Myślę, co zjem na kolację i czy jest już kolejny odcinek serialu.

To zresztą kolejny objaw tego, że nadszedł ten najtrudniejszy tydzień w roku – mój mózg, serce i ciało odmawiają posłuszeństwa. Zatrważający opór widoczny jest we wszystkim. Nie chce mi się modlić, nie słyszę i nie czuję nic. Obrywam rykoszetem od moich najciemniejszych sfer, które właśnie postanowiły się zaktywizować. Wypowiadam słowa, których się wstydzę, nie reaguję, przechodzę obok. Deklaratywnie zapewniam o wierności, ale trzykrotna zdrada wychyla się zza rogu. Póki co jeszcze myślę, że zgrabnie jej umknę, ale jak będzie naprawdę zobaczę już niedługo. Zamroziłam kompromisami serce na tyle, że nie potrafię dostrzec, jak zło w moim wnętrzu utorowało sobie drogę do największego upadku.

Coś we mnie tak bardzo chce na tydzień zasnąć i obudzić się już po wszystkim. Jakby mój wbudowany mechanizm unikania dyskomfortu miał czujkę, która właśnie zaczęła świrować i wybiegać wysoko poza skalę dopuszczalności. Nie wiem, czemu tak bardzo wydaje mi się, że nie zniosę tego napięcia. Przeżywałam je przecież tak wiele razy – podszytą lękiem radość wielkiego czwartku, beznadziejne rozdarcie wielkiego piątku, milczący i pusty stupor wielkiej soboty. To tylko trzy dni, których mijania w normalnym trybie pewnie nawet bym nie zauważyła. A jednak teraz wszystko we mnie stawia opór, krzyczy i neguje.

Nie umiem odnaleźć w tym wszystkim wygody. Tydzień, który nadszedł, niemiłosiernie mnie gniecie – do tego stopnia, że żaden zazwyczaj skuteczny zapełniacz pustki nie działa. W którymś momencie przypominam sobie moją poranną rozmowę z babcią: „Wiesz, przyszedł lekarz i zapytał, czy mogłabym mieć badanie bez znieczulenia. Zgodziłam się”. Chciałam interweniować, dzwonić na dyżurkę, dyskutować. Dlaczego 90-letnia kobieta ma mieć poważne badanie bez znieczulenia? Kiedy burzyłam się i prosiłam babcię, by się sprzeciwiła, ona stanowczo odpowiedziała: „Już podjęłam decyzję”. Zdumiało mnie to i potrzebowałam kilkunastu godzin, by zrozumieć, co właściwie powiedział mi Bóg. Bez znieczulenia, Maju – taki jest ten tydzień. B e z  z n i e c z u l e n i a.

Witaj więc, Tygodniu. Witaj, Ojcze, który objawiasz się tak niewygodnie. Jeszcze przez kilka chwil będę aplikować iluzoryczne zapychacze, ale i tak w końcu upadnę u Twoich stóp i zawołam o ratunek. I przyjdzie on z Twoich rąk – Mistrzu Paradoksów – gdy powiesz, że muszę odpuścić i umrzeć. Przez uszy cierpliwie sączyć się będzie się Słowo mówiące o tym, że dopiero będąc posłuszną aż do śmierci zostanę zostanę wysłuchana. Zachwycę się piękną melodycznością tych słów i ich niekłamaną głębią, ale przecież i tak nie zrozumiem z nich zupełnie nic. I dopiero wtedy, gdy sam z siebie weźmiesz mnie i zanurzysz w krew – tak, dopiero wtedy zrozumiem. Na chwilę, przelotnie, ale zrozumiem. Że znieczulenie odebrałoby autentyczność doświadczenia, zabrałoby wiarygodność. Że krew polana z nieczującego ciała i serca byłaby oszustwem. Wtedy zgodzę się, na chwilę, przelotnie, by współodczuwać z Tobą. I na chwilę, przelotnie, zza zasłony bólu, zobaczę niebo – to niebo, do którego wszyscy doszli bez znieczulenia.