Wielki Czwartek: wszyscy jesteśmy Judaszami

Wielki Czwartek: wszyscy jesteśmy Judaszami

Jest czwartek, wieczór Paschy. Po prawdopodobnie najważniejszej kolacji świata jeden z jej uczestników wychodzi w noc. Choć ten doniosły moment zapisze się w historii, Judasz zapewne nie zdaje sobie z tego sprawy. Wydaje się być nieobecny, odległy, bez kontaktu. Przyglądam się jego rozmowie z Jezusem:

  • Czy nie ja, Rabbi?
  • Tak jest, ty.

Mimo tej zadziwiającej konfrontacji Judasz nie zmienia zdania. Powziął plan i wydaje się go bezwzględnie trzymać. Czy nie bał się spojrzenia współbraci, którzy wlepili w niego oczy po tym, jak Jezus na niego wskazał? Czy nie było mu wstyd, gdy Jezus spojrzał na niego i przeniknął głębokości jego serca? A może Judasz był zwyczajnym niedojrzałym chłopakiem nastawionym na prosty zysk, a to tylko ja przypisuję mu niezwykle wrażliwe serce?

Chciałabym powiedzieć, że to zdrajca i oszust. Że to wszystko przez niego. Chciałabym nie widzieć, że ani inni apostołowie, ani ja sama nie różnimy się od niego tak bardzo – jedynie wybraliśmy inne formy zdrady. Ale czy nie jest jednak prawdą, że niezwykle często rozmieniam Boga na drobne?

Drobne grzeszki, drobne przyjemności, drobne kłamstwa, drobne plotki. Drobne można by mnożyć w nieskończoność, mam nimi kieszenie wypchane po brzegi. Oto Bóg, najwyższy z najwyższych, ten, któremu przecież oddałam całe życie, staje się wart sakiewki z bezwartościowymi wyborami. Czy to opowieść o najgorszym z najgorszych Judaszu, czy o mnie, o Tobie?

Analizuję dogłębnie te 30 srebrników i nie mogę się nadziwić. Równowartość około 120 dni pracy – tyle oznaczały w tamtej rzeczywistości. Judasz mógł sobie wziąć urlop na jakieś pół roku, tyle było warte sprzedanie Jezusa. Naprawdę?

W szoku pozostaję do momentu, w którym jaskrawo zaczynają mi się przypominać moje inwestycje w zdradę. Gdy nie chcę oddać swojego czasu potrzebującemu; gdy przywiązana neurotycznie do własnego planu nie potrafię odstąpić od jego założeń, choć ktoś mnie o to prosi; gdy niechętnie wypuszczam pieniądze z portfela, kalkulując, czy dwadzieścia złotych na tacę to nie za dużo. O większych sprawach nawet nie mówię – na przykład co bym zrobiła, gdyby Bóg na pół roku odebrał mi źródło utrzymania. Lub gdyby kazał mi rzucić wszystko i wyjechać na misje. Lub gdyby zniknęło nagle coś, co cenię najbardziej. Czy pozostałabym wtedy wierna? Szybko okazuje się, że miara mojej wiary niebezpiecznie przechyla się w „mieć”, niż „być”.

Nie ukrywam, że chciałabym zrozumieć Judasza. Może należał on do takich osób, które lubiły pokręcić się w towarzystwie, lubiły, gdy coś się działo? Może wcale nie zamierzał wyciągać z tego żadnych głębszych wniosków, przywiązywać się i budować relacji? Kręcił się, przyglądał, czerpał korzyści, a gdy przyszło co do czego – zdradził. Może dla niego to było jasne jak słońce, może nawet nie czuł, że robi coś nie tak? Jeśli nie dał sobie szansy na pokochanie Jezusa, nie mógł rozumieć istoty zdrady.

Czy to czasem nie przypomina nas? Gdy kręcimy się przy wspólnotach, przyczepiamy do fajnych inicjatyw, robimy dobre rzeczy „dla Boga” albo po prostu lubimy taki specyficzny sacro-lifestyle z wartościami? Myślimy, że to już jest życie z Bogiem, nigdy tak naprawdę nie weryfikując naszej relacji z Nim. Otoczeni ludźmi, atmosferą, aktywnością, czerpiemy z tego liczne korzyści, nawet nie sięgając po Słowo Boże i nie poznając Jezusa osobiście. Czy sami nie wylądujemy w końcu w miejscu bolesnej konfrontacji, gdy pogrążeni w grzechu doświadczymy tego, jak bardzo wciąż potrafimy odpaść od Boga?

Naprawdę próbuję zrozumieć Judasza. Ciekawi mnie, co czuł, gdy wyszedł w ciemność z zamiarem popełnienia grzechu. Jakie myśli błąkały się po jego głowie, gdy odbierał woreczek z pieniędzmi. Czy nie wahał się, nie miał wyrzutów sumienia, nie bał się konsekwencji? Nie znajdę tych odpowiedzi w Słowie, ale przecież są one tak blisko – wystarczy że spojrzę do swojego serca i zadam sobie te same pytania. Co czuję, gdy wychodzę w ciemność z zamiarem popełnienia grzechu? Jakie myśli mam wtedy, czego się boję, czego spodziewam? W końcu jak się czuję, gdy już zgrzeszę? Długie samooskarżające litanie, poczucie winy, krytyczny wewnętrzny głos – to pewnie takie doświadczenia zaprowadziły Judasza na szubienicę.

I jakoś w tym wszystkim jest mi go żal – bo choć uczynił coś strasznego, odnajduję w nim kawałek siebie, kawałek każdego z nas. Przecież w jakimś sensie wszyscy jesteśmy Judaszami. Każdy z nas ma ciężką sakiewkę drobnych, na które wymienił Boga. Każdy z nas stoi trochę z boku i przygląda się bez zaangażowania. Każdy z nas ma takie momenty, że gdy przyjdzie co do czego, wycofa się. Niech więc to wspomnienie ostatniej wieczerzy, które dziś będziemy celebrować w pełnej pokory liturgii, nas samych skłoni do pokory, że i my nie jesteśmy bez winy – bo Judasza w sobie przezwyciężymy w sobie dopiero wtedy, gdy Bogu aż do ostatniego grosza oddamy nasze grzechy.